Tuesday, June 07, 2005

Młoda laska z małymi i ładnymi cyckami

Bywa tak, że miłość przychodzi sama. Dwoje ludzi spojrzy na siebie przelotnie i to wystarczy. Słyszą tylko furkot trzepoczących rzęs i skrzypienie bezwiednie uginających się kolan. I już. Po wszystkim. Wielka miłość aż po grób. No ale nie zawsze tak się dzieje. Czasem trzeba losowi nieco dopomóc wyskoczyć z koleiny, w którą dawno temu wpadł.

Chcąc złowić miłość, należy przygotować i podsypać przynętę, zgrabnie ją zarzucić, następnie poderwać, zaciąć i wyciągnąć na brzeg (uwaga: nie dobijać!). Z mężczyznami jest jak z rybami - każdy łapie się na coś innego. I stąd ważkie pytanie: jak dobrać właściwą przynętę dla wybranego gatunku?

Przynęta upadłościowa – stosuje się ją do „odcedzenia” typu opiekuńczego od pozostałych mężczyzn. Niegdyś przynęta musiała być lekka, tak żeby opadała niespiesznie i w porę została dostrzeżona. Nasze babki stosowały jako przynętę białe, haftowane chusteczki, które - niby to niechcący - nieustannie upadały im na ziemię. My, w dobie równouprawnienia, możemy użyć nawet plecaka o pojemności 80 litrów – zależnie od sytuacji. Bagaż przydaje się na przykład w pociągu pospiesznym, kiedy trzeba go włożyć na najwyższą półkę. W obecności kilku mężczyzn bierzemy przynętę w prawą dłoń, z wielkim trudem unosimy ją nieco do góry, a potem „niechcący” puszczamy ją na ziemię z wysokości nie większej niż 20-30 cm, z której nikomu krzywdy nie uczynimy. Ta przynęta aktywizuje wyłącznie typ opiekuńczy. Cały zabieg pozwala nam wygodnie ocenić również stopień opiekuńczości aktywizowanego mężczyzny. Najszybciej – już na sam widok przynęty, zareagują samcy o opiekuńczości za 9-10 punktów w dziesięciostopniowej skali. Troszkę mniej czuli, (7-8 punktów) ruszą z odsieczą, gdy niewiasta zacznie unosić przynętę do góry. W dalszej kolejności, wykazujący się 5-6 punktową opiekuńczością zareagują, gdy przynęta „wyślizgnie się” z kobiecej dłoni. Zbyt mało cech opiekuńczych (poziom 2-3) wykazują mężczyźni, którzy oferują pomoc dopiero, gdy przynęta spadnie im na głowę lub na nogę. Tymi ostatnimi, w przypadku nakierowania poszukiwań na typ opiekuńczy, zawracać sobie głowy nie należy.

Jako przynęty można użyć różnych innych przedmiotów, byle pozwalały zademonstrować pełnię kobiecej słabości, bezradności i zależności, bo na te właśnie cechy czułe są serca mężczyzn typu opiekuńczego.

Przynęta uznaniowa - stosowana do oddzielenia frakcji intelektualistów od reszty męskiej populacji. Jako przynęty stosujemy okulary z drucianymi oprawkami oraz egzemplarz XIX-wiecznej powieści z klasyki literatury światowej, z zakładką wetkniętą za jedną z ostatnich stron, co jest wyraźnym sygnałem dla otoczenia, że jesteśmy zdolne przebrnąć przez tę wymagającą wysiłku umysłowego lekturę. Przynętę zarzucamy w spokojnym miejscu, które gwarantuje godziny bezruchu - jak poczekalnia u lekarza (z wyłączeniem dentysty),lub samolot rejsowy Warszawa - Chicago. Po krótkiej lekturze (faza pierwsza), zamknięcie przynęty oznacza gotowość do wejścia w fazę drugą – konwersację. Wśród kobiet decydujących się na przynętę uznaniową, przewagę mają te o wielkich oczach, które potrafią bardzo szeroko otwierać w chwilach wielkiego zadziwienia bądź zachwytu. Przynętę zarzuca się wbijając (naśladując cielątko) oczy w interesującego nas delikwenta, podczas gdy on peroruje o wielkich sprawach tego świata, jak geologia, loty kosmiczne lub mikroprocesor następnej generacji. Tutaj zaprezentować należy umiejętność okazywania uznania i podziwu, gdyż właśnie to aktywuje mężczyznę typu „intelektualista”. Odzywać się specjalnie nie należy, co najwyżej w trakcie procesu przejścia z fazy pierwszej do drugiej. Zawczasu można przygotować sobie podpowiedzi na 2-3 najbardziej typowe pytania dotyczące leżącej nieopodal (ale zawsze w zasięgu wzroku delikwenta) przynęty.

Przynęta konsumpcyjno-pielegnacyjna- stosować do wyłuskania mężczyzn w typie „synek mamusi”. Skuteczne są wszelkiego rodzaju kanapki, drożdżówki, ciasteczka, cukiereczki, czekoladki, a także ciepła odzież zastępcza, serwetki i chusteczki do nosa. Ważne, by uważnie obserwować delikwenta i czuwać nad jego właściwym samopoczuciem. Jeśli przewidujemy, że może on czuć głód o nasileniu 2-3 w skali od 1 do 10, podtykamy mu pod nos cukiereczka. Jeśli głód urośnie do poziomu 4-5., możemy zainicjować konsumpcję drożdżóweczki, ciastka, bądź kanapki. Gdy głód osiągnie 6-7. stopień intensywności, już powinnyśmy serwować mu obiad. Pod żadnym pozorem nie możemy dopuszczać do głodu o większym nasileniu. Lepiej, profilaktycznie, użyć za dużo przynęty niż za mało. Oczywiście, gdy delikwent już się naje, należy sprawdzić, czy nie upaprał się czasem masełkiem, bądź dżemikiem. Gdy sprawdzą się nasze obawy, wyciągnąć z tobołka ciuszki na przebranie.

Przy stosowaniu tego typu przynęty należy zwrócić szczególną uwagę na prezentowanie takich cech, jak: umiejętność opanowania sytuacji, zaradność, zdolność przewidywania. Typ „synek mamusi” rozpoznaje je intuicyjnie.

Tyle na dziś. Życzymy wszystkim Paniom udanych łowów i zalecamy systematyczne ćwiczenia. Powodzenia.

Friday, June 03, 2005

Piękne cycki długowłosej laski

Ostatni film z udziałem Deana, "Olbrzym", wszedł na ekrany kin już po jego śmierci, a premierę poprzedziła fala histerii. Tylko w ciągu jednego roku do wytwórni Warner Bros. nadeszło 50 tysięcy listów opłakujących idola.



James Dean
Błyskawicznie zaczęły też powstawać fankluby skrzętnie dokumentujące jego krótkie życie. Jeszcze w 1955 roku wydano pierwsze biografie Deana, zaczęły powstawać filmy próbujące rozgryźć fenomen jego popularności: "The James Dean Story" (1957), "James Dean: The First American Teenager" (1976), "30 września 1955" (1976), "James Dean: Race With Destiny" (1998) czy najsłynniejszy - "Come Back to the Five and Dime Jimmy Dean, Jimmy Dean" (1982) Roberta Altmana na podstawie sztuki granej z powodzeniem na Broadwayu. W 1996 roku amerykańska poczta wydała znaczek z podobizną aktora. Zareagował też przemysł: pojawiły się puzzle z twarzą Jamesa Deana, plakaty, koszulki, torby, pocztówki, które można dziś kupić niemal pod każdą szerokością geograficzną. W rodzinnym Fairmount aktor ma swoje muzeum i galerię, a na uniwersytecie w Princeton - popiersie tuż obok Beethovena i Keatsa.

Jednak w ostatnich dekadach dynamiczny rozwój kultury audiowizualnej powołał do życia nowych idoli, choć ich panowanie nie ma już tak spektakularnego wymiaru i ogranicza się zazwyczaj do paru sezonów. Siła rażenia Deanowskiego mitu osłabła. Ale trudno wciąż ronić łzy patrząc na "cudownie cielesny" wizerunek bożyszcza na koszulce czy plakacie.

Na początku czerwca 2005 ukażą się nowe edycje specjalne DVD filmów "Na wschód od Edenu" i "Buntownik bez powodu" przygotowane przez Warner Home Video.

Poprzednie

Thursday, June 02, 2005

Laska w pończoszkach siedzi w pubie

Cannes nigdy nie zasypia. Noc to początek następnego dnia. Tu przyjeżdża się obejrzeć dobry film, a potem zabawić na luksusowej imprezie. Podczas tego festiwalu odbyło się około 300 imprez. Wypożyczalnie smokingów i sukien wieczorowych zarobiły fortunę.

Wszyscy w tym roku najwięcej obiecywali sobie po imprezie organizowanej przez Canal Plus w klubie Le Moulin de Mougins. Niesłusznie. Party nie przyciągnęło wielkich gwiazd. Było znakomite jedzenie i trunki, ale zaledwie letnia atmosfera. Na pewno warto było dostać się (jakimś cudem) na pokład cruisera Queen Mary 2, który zawinął na dobę do canneńskiego portu. Na tym najbardziej luksusowym statku świata George Lucas doczekał się nagrody. Choć nie była to Złota Palma, tylko tajemnicza statuetka Cannes Prize, i tak wszyscy chcieli być świadkami ceremonii wręczania. Przed Pałacem Festiwalowym zaczepił mnie młody człowiek, który łamaną angielszczyzną zaproponował wejściówkę na tę morsko-gwiezdną galę. "Madame, tylko 750 euro" - kusił. To była jedna z nudniejszych imprez podczas festiwalu! Okazało się, że w tym roku wielkie, wyskobudżetowe przyjęcia nie wypaliły. Najlepiej bawiono się na spontanicznie zorganizowanych imprezach. - Na przykład przy okazji pokazu filmu Crossing the Bridge: The Sound of Istanbul (reżyseria Fatih Akin, członek jury). Po projekcji zaproszono nas do klubu Palm Square. I zaczęła się prawdziwa zabawa. Fatih Akin, autor filmu, wskoczył za konsoletę i do 7 rano puszczał znakomite miksy muzyki klubowej i orientalnych rytmów z Istambułu. Na parkiecie pojawiła się tegoroczna gwiazda jury Salma Hayek i pokazała, że wie, co to taniec brzucha. Goście nie mogli oderwać wzroku od rytmicznego ruchu jej bioder, pokrzykując co chwila po hiszpańsku: "Venga!" (dalej! śmielej!). Wkrótce dołączył do niej Javier Bardem i przewodniczący jury Emir Kusturica. Arabskie rytmy i bałkański rock w wykonaniu Kusturicy rozbujały całą salę. Z tłumu co pewien czas dolatywały okrzyki "We are all gypsies!" (wszyscy jesteśmy cyganami).

Zgoła inna atmosfera panowała na najdroższym przyjęciu podczas festiwalu - gali charytatywnej na rzecz amerykańskiej fundacji AMFAR, zajmującej się badaniami nad AIDS. W eleganckiej kolacji wzięli udział m.in. Penelope Cruz, Roman Polański, Mary-Kate i Ashley Olsen, Elton John, Mickey Rourke i Ivana Trump oraz wiele gwiazd z tzw. listy A. Podczas imprezy licytowano dwa kuferki zaprojektowane wspólnie przez Sharon Stone i Louisa Vuittona (każdy osiągnął cenę 180 tysięcy dolarów), lekcje tenisa u Moniki Seles i Borisa Beckera (100 tys. dol.), samochód Alfa Romeo (90 tys.), zegarek firmy Chopard należący do Eltona Johna wraz z butelką Rémy Martin (260 tys.). W sumie wylicytowano trzy miliony dolarów.

Grube ryby bywały na imprezach z zaproszeniami, zwyczajni goście szaleli w canneńskich klubach. Najmodniejszym okazał się w tym roku VIP Room, w którym co noc bawiło się 4000 osób. Teoretycznie dostępny jest dla każdego, jednak przed wejściem (20 euro) odbywała się surowa selekcja. Jeśli nie miałeś na sobie garnituru od Armaniego lub torebki z najnowszej kolekcji Chanel, mogłeś zapomnieć o zabawie w VIP Roomie. Kolejka ustawiała się ok. 22 i nie zmniejszała się do 1 nad ranem. Oprócz znakomitej muzyki, drinków tematycznych (drink Nicole Kidman, drink MM, drink BB, drink Star Wars - każdy po 18 euro) atrakcją były tancerki słynnego wydawcy Hustlera Larry'ego Flinta.

Poprzednie

Tuesday, May 31, 2005

Gorąca kąpiel w zimnym szampanie

Centrum Warszawy zmienia się z dnia na dzień, ale zmiany szerokim łukiem omijają Pasaż Wiecha, który pozostaje smutną pamiątką straconych złudzeń PRL-u. W ostatnich latach tylko Domy Towarowe Centrum wróciły do formy, tworząc najważniejszy zakupowy szlak Warszawy.



Czując na plecach oddech rosnącej po drugiej stronie Pałacu Kultury konkurencji – Złotych Tarasów, właściciel domów towarowych – firma DTC Real Estate – postanowiła zmienić zapyziały Pasaż w teatr miejskiego życia i zorganizował konkurs na projekt jego rewitalizacji. Zwycięska praca architektów z warszawskich pracowni Bulanda & Mucha oraz MAAS, to szansa na stworzenie przestrzeni, która rozmachem i nowoczesnością zdeklasuje Chmielną z jej małomiasteczkowymi kamieniczkami, latarenkami i kostką bauma, a wielkomiejskim sznytem ośmieszy disnejowskie centra handlowe.

Dziś przyjemność korzystania z Pasażu dostępna jest tylko tym, którzy spod warstw brudu i zaniedbania są w stanie dostrzec klasę oryginalnego projektu. Trudno uwierzyć, że zaprojektowany przez zespół Zbigniewa Karpińskiego w 1958 roku zespół Ściany Wschodniej pomyślany był jako najbardziej wielkomiejska, kosmopolityczna, elegancka przestrzeń publiczna Warszawy, symbol jej nowoczesności, wzorowany na właśnie oddanych do użytku centrach Rotterdamu czy Sztokholmu. Od strony Marszałkowskiej zaprojektowano niskie, całkowicie przeszklone Domy Towarowe Centrum, a w głębi – budynki mieszkalne, w tym trzy 24-piętrowe wieżowce okładane aluminiowymi panelami, stanowiące drugi plan kompozycji. Pomiędzy nimi a domami towarowymi powstał kameralny pasaż z fontanną, klombami, pawilonem baru szybkiej obsługi Zodiak (Jan Bogusławski, 1970), dwupiętrowym salonem Mody Polskiej i pierwszym w Warszawie stereofonicznym kinem Relaks, zbudowanym z myślą o uroczystych premierach.



Niestety, w stolicy zabiedzonego, odciętego od świata kraju, marzenia o kosmopolityzmie i elegancji były równie utopijne jak sam ustrój. Niedowład handlu i rozrywki sprawił, że otwarty w 1968 roku Pasaż, zamiast salonem miasta, wkrótce stał się brudnym, niebezpiecznym zapleczem. Po upadku PRL-u stracił ostatnie chyba pozory elegancji, gdy zdemontowano grożące zawaleniem pergole z neonami, a fontannę przy Zodiaku – przejętym przez KFC – zakryto drewnianą platformą, obitą trawiastą wykładziną, gdzie latem rozkłada się piwny ogródek.

Mocno owłosione cipsko brunetki

"War Requiem" pozostaje jednak filmem Dereka Jarmana. Obaj artyści podejmowali także projekty sygnowane wspólnie, realizacje nie mające wiele wspólnego z kinem w klasycznym rozumieniu: teledyski dla grupy The Smiths czy eksperymentalny hołd dla Williama Burroughsa, Briona Gysina i pokolenia Beat - "The Dream Machine".

Współpracując z Jarmanem, Maybury starał się także realizować własne projekty. Zaczynał od eksperymentów kamerą 8 mm, szybko jednak zainteresował się technikami wideo, którymi posługiwał się także podczas realizacji sekwencji "War Requiem". Jego prace były zresztą niejednokrotnie bliższe formule video artu: pozbawione narracji, nakierowane na sferę wizualną i możliwości płynące z nowych technik realizacyjnych. Wykorzystanie nowych mediów w projektach eksperymentalnych doprowadziło Maybury'ego do form bardziej komercyjnych: w latach 90. stał się jednym z najbardziej cenionych twórców teledysków muzycznych. Choć utrzymuje, że podejmował ich realizację z przyczyn finansowych, warto zauważyć, że dość starannie dobierał artystów, z którymi współpracował. Oprócz wspomnianej już grupy The Smiths obrazy Maybury'ego towarzyszyły piosenkom Everything But The Girl czy Boya George'a. Reżyser pracował z artystami z kręgu kultury pop, którzy jednak poszukiwali niebanalnych form wyrazu, a często także przekazywali radykalne treści. Największym sukcesem Maybury'ego stał się teledysk kontrowersyjnej piosenkarki Sinead O'Connor zatytułowany "Nothing Compares 2 U", wymieniany w ścisłej czołówce najlepszych klipów wszechczasów w zestawieniu pisma "The Rolling Stone", a także nagrodzony aż czterema nagrodami MTV Music Awards. Wielu artystów współpracujących z Mayburym to także osoby związane ze środowiskiem gejowskim czy wręcz jego aktywiści. To kolejny trop łączący go z Derekiem Jarmanem. Podobnie jak w twórczości autora "Edwarda II", w realizacjach Maybury'ego niemal zawsze występowały wątki genderowe i homoseksualne.

Zainteresowanie tą problematyką zbliżyło zapewne twórcę do Tildy Swinton, spotkanej na planie filmów Jarmana. Swinton, znana przede wszystkim jako aktorka, jest także autorką realizacji teatralnych. To właśnie na podstawie monodramu Manfreda Kargesa z jej udziałem powstał najbardziej znany z eksperymentalnych projektów reżysera - "Man to Man" (1992). W pierwotnej, teatralnej wersji spektakl został przygotowany z myślą o festiwalu w Edynburgu 1987, gdzie został dobrze przyjęty. Aktorka gra w nim kilkanaście ról, rekonstruując losy kobiety, która żyła w nazistowskich Niemczech jako... mężczyzna, a jej kreacja jest w pewnym sensie prefiguracją głównej bohaterki "Orlanda" Sally Potter. Maybury nie dokonał prostej rejestracji teatralnego widowiska, lecz raczej translacji na język obrazów - nie tyle kina, co telewizji.

Sunday, May 29, 2005

Wkłada jej język głęboko w cipkę

Ci z prowincji są zachłanni i zakompleksieni. Ci z Warszawy to zarozumiali egoiści. To typowe opinie, jakie wyrażają o sobie nawzajem ci, którzy w metryce urodzenia mają wpisaną Warszawę i ci, którzy wpisanej jej nie mają.

Z braku wolnych stolików w pobliskich knajpach, warszawianka Ewa Ratkowska, studentka IV roku kulturoznawstwa, poszła do nielubianego przez nią Cinnamonu. To najmodniejszy obecnie klub w stolicy, salon wystawowy aktorów serialowych, stylistek i fryzjerów. – Patrzę, a tam przy drinku siedzi dziewczyna, która sprzedaje w warzywniaku obok mojego bloku. Pamiętam, że kiedyś mówiła mi, że pochodzi spod Siedlec – opowiada Ewa. Zdaniem warszawiaków to typowy przykład leczenia kompleksów prowincjuszy poprzez aspirowanie do „towarzystwa”. – Takim „pannom na kartoflach” wydaje się, że przyjechały do Nowego Jorku i od razu zostają nowojorczykami, ludźmi wielkiego świata – mówi urodzony w Warszawie Zbyszek, student psychologii społecznej. Panna na kartoflach – to jedno z tysiąca określeń na przyjezdnych. Warszawiacy nawet Gdańsk czy Poznań nazywają prowincją. A prowincja nazywa Warszawę największą wsią w Polsce. Podobnie sprawa wygląda w całej Europie. Konflikt stolica – reszta kraju nie jest bowiem typowy tylko dla Polski.

W szwedzkim Umei czy w Malmö stwierdzenie „ty zero ósemko” jest najgorszą z możliwych obelg. „08” to numer kierunkowy do znienawidzonego na szwedzkiej prowincji Sztokholmu…

Warszawiacy nie znoszą przyjezdnych i odmawiają uznania ich za obywateli stolicy, bo obawiają się o swoje miejsca pracy i tożsamość miasta. Na pytanie OBOP-u, co najbardziej denerwuje ich w przyjezdnych, niemal wszyscy odparli: „że zostają tu na stałe”.

Konflikt Warszawy i reszty kraju jaskrawo widać w sferze pracy. Ludzie z prowincji oskarżani są o demoralizowanie pracodawców – demoralizują, bo pracują za półdarmo. – To warszawiacy sami nakręcają ten młyn. Z jednej strony wolą zarobić na przyjezdnych, z drugiej oskarżają nas o odbieranie im pracy. No to, kto jest w końcu winny? – irytuje się pochodzący ze Słupska Mariusz Kalukin. – Nie zaniżamy pensji, to raczej warszawiak wietrzy spisek, że mało zarabia przez przyjezdnych, choć tak naprawdę jest po prostu słaby. Lub słaba jest firma, która go zatrudnia – dodaje Edyta Oskierko, która do Warszawy przyjechała pięć lat temu z Mazur. Jej pierwszą pracą było smażenie hamburgerów w sieci fast foodów. Pracując kilkanaście godzin dziennie, z trudem zarabiała na czesne w studium technik prac biurowych. Po fast foodzie nadszedł awans zawodowy w postaci pracy na recepcji w hotelu, potem asystentki szefa w biurze handlowym, aż wreszcie etat producenta programu telewizyjnego w Polsacie, gdzie dziś pracuje. Warszawiacy byli zirytowani tą karierą – im przecież w znalezieniu pracy pomaga mama czy ciocia, a przyjezdni są z reguły w Warszawie pozostawieni sami sobie.

Thursday, May 26, 2005

Piękne cycuszki sexownej Tary Reid

Wynika to z przepisów zawartych w art. 155 nowej ustawy o podatku od towarów i usług. – Regulacja ta ma istotne znaczenie dla osób, które będą po 1 maja 2004 r. wykonywały czynności podlegające opodatkowaniu VAT, ale nie będą prowadziły pozarolniczej działalności gospodarczej w rozumieniu ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych. Obecnie problem ten dotyka osoby uzyskujące dochody z najmu nie zaliczanego do działalności gospodarczej – powiedział „Gazecie Prawnej” Paweł Stryjek, ekspert z Działu Doradztwa Podatkowego MGI Akcept.

Jak podkreślił, w tej kwestii – wobec jednoznacznego brzmienia przepisów ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych, gdzie przychodem z najmu podlegającym opodatkowaniu powinna być także kwota podatku należnego – minister finansów wydał dość karkołomną oficjalną wykładnię przepisów prawa podatkowego, zgodnie z którą należny VAT nie jest przychodem (pismo ministra finansów z 18 marca 2004 r., nr: PB 2/MK/RB-033-050-132/04: „GP” opublikowała to pismo w dodatku „Gazeta Urzędowa”, zob. też „GP” z 25 marca br.). – Nikt nie będzie protestował, ponieważ wykładnia jest korzystna dla podatników (nie będzie konieczności płacenia podatku dochodowego od VAT).

Niemniej jednak należy zwrócić uwagę, że jest to bardzo wyrafinowana i twórcza interpretacja prawa. Gdyby podobnych argumentów użył podatnik, aby bronić się przed fiskusem, zostałby wyśmiany. Rodzi się tylko pytanie: skoro można w ten sposób interpretować przepisy na korzyść podatnika, to co powstrzyma ministra finansów przed równie twórczą interpretacją, dokonywaną na niekorzyść podatnika. Jeżeli można w jedną stronę, to można i w drugą – obawia się Paweł Stryjek.

Jego zdaniem, jeżeli chodzi o kwestię zaliczania do podstawy opodatkowania podatkiem dochodowym VAT-u, to sprawę rozwiązuje wspomniany art. 155 nowej ustawy o VAT. – Interpretacja ministra finansów będzie miała – począwszy od 1 maja 2004 r. – zastosowanie do zdarzeń z przeszłości. Ale ta sama ustawa przynosi z pewnością wiele pułapek i niespodzianek. W tej sytuacji zdobyte przez ministra finansów doświadczenie w dziedzinie interpretowania przepisów z pewnością okaże się przydatne – uważa Paweł Stryjek.

Tuesday, May 24, 2005

Młoda cipka z wizytą u lekarza

"Życie Warszawy": Informacje o Jarosławie S. miały być najpilniej strzeżoną tajemnicą. Mafia dowiedziała się jednak w jakiej okolicy mieszka, jakim jeździ samochodem i gdzie się pojawia świadek koronny.

"Masa" jeździ samochodem marki... regularnie pojawia się w miejscowości... Robi też interesy w... Posługuje się następującymi dokumentami... - takie porażające informacje usłyszał dziennikarz "ŻW" od jednego z warszawskich gangsterów.

Od tygodnia półświatek wie, jak znaleźć najpilniej strzeżonego w Polsce świadka koronnego.

"ŻW" ostrzegło o tym samego "Masę".

- Ten przeciek jest przerażający. Zagraża mnie i mojej rodzinie "mówi zaniepokojony Jarosław S." Dzieje się coś złego.

"Dziennikarz "ŻW" pisze, że postanowił osobiście porozmawiać z Jarosławem S., świadkiem koronnym, który od pięciu lat ukrywa się przed zemstą byłych kompanów. "Wielokrotnie zmienialiśmy, umówione wcześniej, miejsce spotkania. Z miejscowości X pojechaliśmy blisko granicy i dopiero tam otrzymaliśmy kolejne wskazówki" - relacjonuje Rafał Pasztelański.

Wszystko po to, by nie ciągnął się za nami jakiś "ogon", czyli aby nikt nas nie śledził. Jarosław S. czekał na nas w samochodzie, na jednej z odludnych stacji benzynowych. Widać było, że jest zmęczony ciągłym ukrywaniem się i przenosinami - pisze dziennikarz "ŻW".

- Informacje o mnie nie mogły wypłynąć od ludzi, którzy bezpośrednio się mną zajmują. To świetni gliniarze. Od razu zdecydowali o zaostrzeniu ochrony - stwierdził "Masa" zmartwiony tym, że przeciek oznacza kolejne zmiany w jego życiu.